Wczoraj znalazłam list tak intensywnie szukany przeze mnie w chwilach beznadziejnie sentymentalnych... List od osoby, która nie ma prawa bytu, a jednak opiera się temu z siłą z jaką skała opiera się rozwścieczonemu oceanowi.
Tak... żyjesz nadal w mojej głowie, pamięci, wspomnieniach jeszcze świeżych dzięki tej kartce nierówno złożonej przez ciebie w chwili tęsknoty, kilkuset nierówno nakreślonych liter na skrawku papieru na jednej z twoich nudnych lekcji oraz kwiatowi, który skrywa się w jednej z wielu nigdy nieprzeczytanych przeze mnie książek stojących na regale... Tak, tyle rzeczy mi po Tobie pozostało. Rzeczy materialnych i wbrew pozorom równie (nie)trwałych jak ludzkie myśli. Nie wiem czy to co o Tobie myślę w tej chwili jest prawdą... Czy taki byłeś, kiedy naprawdę istniałeś?? Kiedy można Cię było dotknąć, usłyszeć, poczuć zapach Twoich perfum, ujrzeć Twój nieodłączny ironiczny uśmiech...? Podobno po śmierci człowiek staje się w oczach bliskich lepszy, staje się symbolem czegoś wielkiego i dobrego, obiektem beznadziejnie rozpaczliwych pytań, które już na zawsze pozostaną bez właściwej odpowiedzi. Myślę, że śmierć jest ratunkiem, ocaleniem nas od czegoś gorszego, czegoś co by nas spotkało w dalszym życiu... Wiem, może to głupie ale tak myślę i wierzę w to. Wolę mieć tę głupią teorię niż krzyczeć w niebo to samo, tak niezmienne od wieków pytanie, z bezsilnej złości zaciskając pięści i powstrzymywać niepohamowane łzy, czuć wszechogarniającą samotność, która jeszcze przed chwilą dla nas nie istniała...
Byłeś dla mnie kimś ważnym, lecz stałeś się jeszcze ważniejszy odkąd Cibie zabrakło... [*]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz