Nie mam już siły, poddałam się. Pewnie kiedyś będę tego żałować ale nie będę niczego robić na siłę. Może za mało staram się zrozumieć ludzi. Ale nigdy wcześniej nie spotkałam kogoś o równie skomplikowanym charakterze.. Wybaczcie, że nie jestem doskonała.
Ludzi nam znanych można kochać, nienawidzić lub udawać, że nie istnieją, zapominać, że kiedyś tyle dla nas znaczyli. Co jest z tego najgorsze? Myślę, że to udawanie, które potwornie męczy, wżera się w duszę zadając jej rozległe, szarpane rany, które rozrywają człowieka falą nieznośnego bólu, codziennie niszcząc go, sukcesywnie, aż całkowicie zobojętnieje. Ktoś może powiedzieć, że taka właśnie jestem - udawana, że to przecież dla mnie nic nowego.. Ale ten ktoś nie zna mnie tak naprawdę, nie poznał na tyle żeby oceniać w ten sposób. I nie zna innych ludzi.. ani siebie.
Czasem nie można nic zrobić, bo czuje się tę beznadziejność, która zniechęca i obezwładnia... Dlatego tak bardzo potrzebujemy drugiego człowieka - by nas otrzeźwił i choć czasem poprowadził za rękę
